nie zabiłby jeszcze raz. Ale z jakichś powodów Milla mu uwierzyła i

Samanta zaczęła drżeć.

przyjaźnie, ale nie kryjąc ciekawości.
- Santos posuwał się ostrożnie w głąb pokoju. Mówił głosem niskim, uspokajającym. - Proszę tylko...
a Willow usłyszała płacz Mikeya i krzyki Amy. Kolejne urocze
przecieŜ dojeŜdŜać.
- Droga pani, zapewne ma pani rację - odparł smutno pan Jameson. Żadne z nich ani przez chwilę w to nie wierzyło, niemniej jednak nie wypadało podawać w wątp¬liwość matczynej miłości. Tak czy inaczej, prawnik zrozumiał ostatnią wypowiedź wystarczająco dobrze. Pani Stoneham nie wyjawi, czy jej młoda kuzynka to Clemency Hastings, dopóki jej matka pozostanie tak nieprzejednana.
- Dlaczego, kochanie? Czy jest jakiś szczególny powód?
nie mógł się powstrzymać. Przede wszystkim zły był na to, Ŝe Alli przypomniała mu, iŜ
- Znowu?
jednego, do połączenia się z tobą - szepnął, po czym pochylił się i pocałował ją z taką
W następny poniedziałek Clemency i siostry Ramsgate siedziały w salonie rozmawiając na temat ostatnich modeli z pisma La Belle Assemblee.
z książkami.
Dzieciństwo miała równie jak ja cięŜkie, a później, w wyniku przebytej choroby

tam, dokąd trudno było się dostać z El Paso. Rzuciła okiem na

- Referencje, panno Baverstock? Nie bardzo rozumiem.
minęło siedem lat. Najwyższa pora pogodzić się ze stratą. Liczyła
- Mamo!

precyzyjnie i z gracją on się porusza, jak pod T-shirtem napinają mu się mięśnie. Jego

- Wiem. Dotknął kciukiem jej kości policzkowej. - Nie możesz wiązać nadziei i marzeń z kawałkiem metalu. - Wiem. Jego dłoń powoli zsunęła się do zagłębienia szyi. Przyglądał się jej badawczo. Była pewna, że ją pocałuje. Czuła bicie serca w szyi. Wzrok Chase’a spoczął na jej ustach. Jej serce zaczęło łomotać w oczekiwaniu. Dawno nie patrzył na nią z takim pragnieniem. Tak dawno... Zaschło jej w gardle. Zwróciła ku niemu twarz. - Możemy się postarać. - Dlaczego tego chcesz? - Bo... cię kocham. Spojrzał na nią chłodno. - Nie kręć, Cassidy. Nie wierzę... Nie mogę uwierzyć... Cholera! Dłużej tego nie wytrzymam! - Gwałtownie wyrwał jej z rąk drinka i pociągnął duży łyk, a potem ze złością wstawił szklankę do porcelanowego zlewu, za który zapłacił tysiące dolarów. Na powierzchni zrobiła się rysa, ale najwyraźniej nie przejął się tym bo nawet nie drgnęła mu powieka. - Rysy zejdą. - Odsunął się od niej, jakby zapomniał, co przed chwilą było między nimi. Cassidy nie mogła tak tego zostawić. Wyciągnęła do niego rękę. - Chase... - Nie, Cass... - ostrzegł, ale w jego głosie nie było złości, a jedynie ból. Zagryzła wargę. - Jak długo masz zamiar mnie odtrącać? Postawił kulę przed sobą i pokuśtykał do drzwi. - Daj spokój, Cassidy. Dla dobra nas obojga. Na razie lepiej będzie, jeżeli oboje damy sobie spokój. Derrick otworzył szklane drzwi prowadzące na piętro Korporacji Buchananów. To było to. Jego imperium. Dorastał w przeświadczeniu, że stanie się dziedzicem. Powtarzano mu, że któregoś dnia to wszystko będzie jego. Nie miało znaczenia, że Rex Buchanan miał dwie córki. To jego syn miał zostać następcą cara. Gdyby Chase McKenzie nie wszedł mu w paradę. W dodatku stary Buchanan szanował tego mieszańca z prawniczym dyplomem. Derrick nigdy nie przypuszczał, że będzie miał do czynienia ze szwagrem, którego zżera ambicja. Może i miał szczęście. Ma tylko jednego szwagra wspinającego się po drabinie społecznej. Gdyby żyła Angie, może musiałby użerać się z jeszcze jednym. Angie. Kiedy o niej myślał, w głębi duszy czuł ból. Dzięki Bogu, z biegiem lat myślał o niej coraz rzadziej. Niedobrze żyć przeszłością. Lepiej skupić się na teraźniejszości i swoim dziedzictwie - Korporacji Buchanana. To biuro było wyjątkowe. Mimo że nie było tak wysokie jak drapacz chmur, dobrze spełniało swoją rolę. Budynek wybudowany pod koniec lat sześćdziesiątych z betonu i stali z zewnątrz był niepozorny. Wyglądał jak zwykły czteropiętrowy blok ze szklanymi ścianami, które odbijały późnopopołudniowe letnie słońce. Jednak w środku był imponujący. Wokół marmurowych stołów stały skórzane meble. W doniczkach rosły drzewa, zasilane słońcem, które dostawało się przez świetliki w suficie. Wnętrza zdobiły mosiężne rzeźby i lśniące kamienne posadzki. Nie przejmując się znakami zakazu palenia, Derrick zapalił papierosa i wsiadł do windy. Wjechał na czwarte piętro, gdzie znajdowały się biura zarządu. W jednym końcu mieścił się kompleks biur ojca, a w drugim gabinety Derricka. Derrickowi przydzielono te pomieszczenia, gdy został wiceprezesem. Jego gabinety były lustrzanym odbiciem biur Reksa Buchanana. Miał do dyspozycji identyczną poczekalnię, biuro, łazienkę, przebieralnię i sypialnię. Pomiędzy dwoma kompleksami biurowymi z jednej strony windy mieściła się sala konferencyjna, a z drugiej gabinet Chase’a. Chase był jedynym pracownikiem, który miał biuro na piętrze zarządu, i to bardzo Derricka denerwowało. Nieustanna obecność Chase’a była dla niego niczym wrzód na dupie. Niedobrze, że nie załatwił go pożar. Derrick zgasił papierosa w popielniczce i mijał już pokój Chase’a, gdy usłyszał swoje imię. - Derrick. - Przez ostatnie tygodnie znienawidził ten szorstki głos. - Miałem nadzieję, że się dzisiaj zjawisz. W głosie Chase’a pobrzmiewała ta sama kpina, co dawniej. Derrick nie zwracał na to uwagi, ale nienawidził wszystkiego, co miało związek z McKenziemi. Bękarty. A ten Buddy czy Willie, czy jak mu tam, nie jest wcale od nich lepszy. Ale się okazało, że są ze sobą spokrewnieni. Przewracało mu się w żołądku, gdy sobie przypominał, że ten półgłówek należy do rodziny. Przeklinając po cichu swojego szwagra sukinsyna, wszedł do biura Chase’a. Na wielkim biurku leżały poukładane stosy dokumentów. Na jednej ścianie wisiały oprawione dyplomy prawnicze, przy drugiej stał regał sięgający do sufitu, pełen oprawionych w skórę tomów. W otwartym oknie z widokiem na ulicę stały kwiaty w doniczkach, wyciągając liście do słońca. Róg biurka zajmował kolorowy portret Cassidy. Nie była to fotografia, jaką na zeszłe Boże Narodzenie podarowała mu Felicity, przedstawiała Cassidy siedzącą na koniu.
trudem pracowali. Od tego czasu stała się bardzo ostrożna w
Milla zacisnęła pięści.

- Dzień dobry, doktorze Galbraith.

Nie mieli czasu nawet na wyczyszczenie i uprzątnięcie sali po
Coś błysnęło w jego oczach, spojrzał na nią z uwagą.
an43